środa, 26 grudnia 2012

Rozdział jedenasty



„Mimo wszystko warto wierzyć, że to, co najpiękniejsze, dopiero przed nami.”

Wish You Were Here

4 styczeń 2012r. (przed pogrzebem)
Stałam przed drzwiami z numerem 16. Miałam mieszane uczucia. Nie do końca byłam pewna, czy powinnam przychodzić. Musiałam wszystko Kubie wytłumaczyć, choć nie za bardzo wiedziałam, czy kupi moją historyjkę.
W końcu odważyłam się i zapukałam. Zza drzwi usłyszałam typowe polskie kur… Uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle drzwi otworzyły się. Stał w nich Łukasz, a za nim Robert. Choć ten drugi raczej nie stał, tylko klęczał. Do tego trzymał w dłoniach ścierkę. Piszczu zadowolony wpuścił mnie do środka.
 - Rozumiem, że cię wystraszyłam. Mam nadzieję, że się nie gniewasz? – powiedziałam w stronę „kopciuszka”.
- Spokojnie. To nie pierwszy dziś raz. – Łukasz zaprowadził mnie do salonu, w którym czekał już Wojtek. Usiadłam na kanapie obok bramkarza. Rozejrzałam się dookoła. Byłam tutaj wczoraj, jednak biorąc pod uwagę to, w jakim celu przybyłam, nie miałam czasu się rozejrzeć.
Duży pokój był połączony z kuchnią i jadalnią. Pomieszczenia były jasne i zadbane, umeblowane z gustem. Wielka kanapa z fotelem obok, stały naprzeciwko  gigantycznego telewizora. Pod sprzętem stała jakaś szafka. Na wierzchu leżały równo poukładane płyty DVD (co mnie zdziwiło) i oczywiście playstation. Gdzieś z boku zobaczyłam keyboard. Powiem szczerze, że mnie to zaskoczyło. Nie wiedziałam, że Wojtek umie grać. Chwilę później Piszczu postawił przede mną, na stoliku, filiżankę herbaty. Obok położył cukiernice pasującą do naczynia i srebrną łyżeczkę. Spojrzałam na Wojtka zdziwiona. On posłał mi uroczy uśmiech.
- Specjalny gość - specjalna zastawa. – powiedział rozbawiony.
Taa… Specjalny gość… W sumie racja. Nie wiem, czy kiedykolwiek gościli osobę, która zdzieliła ich kumpla patelnią.
- Nie widziałam, że w domu piłkarza można coś takiego znaleźć. – wskazałam głową na naczynie.
- Mama dała mu wyprawkę. – uśmiechnął się Łukasz.
- Ogólnie tak tu czysto. Co prawda nie widziałam, zbyt dużo kawalerskich mieszkań, ale Alice sporo mi opowiadała…
Nagle do pokoju z prędkością światła wparował Robert. Chłopaki zaczęli się śmiać. Spojrzałam na nich zdezorientowana.
- Spokojnie księżniczko. Jass tylko wspomniała o Alice. – rzucił Wojtek w stronę Roberta. – Możesz iść dalej szorować moje panele.
Chłopak z obrażoną miną wyszedł z pomieszczenia. Obecnym w salonie piłkarzom banan nie schodził z twarzy.
- Teraz już wiesz dlaczego tu tak czysto. Na co dzień tak nie jest. – zaśmiał się Piszczu.
- Nie rozumiem…
- Wiesz… Wojtek nie pała wielką miłością do sprzątania. Zresztą miotła też go nie lubi. – wskazał palcem na mały siniak widoczny na jego skroni. Wolałam nie pytać. – Właściwie to żaden z nas nie lubi sprzątać. Jednak kiedy wpadłaś tu wczoraj z Alice i powiedziałaś, że przyjdziesz dzisiaj, to Robert miał cichą nadzieję, że w tym samym towarzystwie.
Zaśmiałam się. Choć w sercu zrobiło mi się żal Bobka. Alice przechodziła obecnie silne zainteresowanie Harrym. Młody napastnik nie miał szans.
- Właśnie! – wykrzyknął Wojtek – Miałaś nam powiedzieć co się wczoraj stało.
Teraz obydwaj patrzyli na mnie, oczekując odpowiedzi. Nawet Robert oderwał się od szmaty.
- No to… - zaczęłam. – Wysyłam Kubie SMS-a, bo chciałam, żeby na chwile przyszedł. Miałam do niego sprawę. Ten, oczywiście, zjawił się w oka mgnieniu… -  kłamałam, jak z nut -  Kiedy wyjaśniłam mu o co chodzi, postanowił już iść do domu, ale nagle zrobił się blady… zachwiał się i… walnął głową w próg drzwi! Stracił przytomność! Nie wiedziałam, kiedy się obudzi i doszłam do wniosku, że chyba będzie lepiej, jeśli dojdzie do siebie tutaj. Poprosiłam Aleksa i Alice o pomoc i przywiozłyśmy go. – na koniec posłałam im słodki uśmiech.
Chłopaki zamyślili się. W duchu modliłam się, żeby mi uwierzyli, bo szczerze nie miałam ochoty przyznawać się im do tego, że zdzieliłam Kubę patelnią, po tym, jak zobaczył, mnie mordującą wampira.
Nagle cała trójka pokiwała głowami z uznaniem. Muszę przyznać, że przebywanie z Alice mi szkodzi – coraz częściej kłamię i co gorsza, robię to coraz lepiej.
- To już wiem, dlaczego ma takiego wielkiego guza na głowie! – uśmiechnął się Robert.
Cholera! Biedny chłopak!
- A właśnie! Obudził już się? Jak się czuje?
- W miarę. Trochę go łeb napier… - Piszczek trzepnął bramkarza w żebro. – Znaczy boli. Mówi, że nie do końca pamięta, co się wczoraj zdarzyło. Chciałem go zabrać do lekarz, po tym, jak opowiadał, że słyszał, jak mówiłaś coś o wampirach i, że w ogóle kogoś zamordowałaś. Wykręcił się tym, że mu się to pewnie przyśniło.
W tym momencie zakrztusiłam się herbatą. Cholera do kwadratu! Muszę z nim natychmiast pogadać i przekonać, go, że to był tylko zły sen,  baaaaaardzo zły sen.
- Mogę do niego pójść? – zapytałam.
Cała trójka uśmiechnęła się do mnie pokazując wszystkie swoje ząbki. Podnieśli ręce i wskazali mi drzwi naprzeciwko. Posłałam im kpiące spojrzenie, wstałam i ruszyłam, odprowadzana ich wzrokiem. Zapukałam lekko.
- Proszę. -  usłyszałam zza drzwi, prawie szept.
Powolutku wsunęłam się do pokoju, zamykając za sobą SZCZELNIE drzwi. Musiałam z nim pogadać, a jeszcze mi tylko brakowało powtórki z restauracji.
Na łóżku pod kocem leżał Kuba. Trzymał w ręku jakąś książkę. Nie wyglądał tak strasznie źle. Jeśli zignorujemy guza na jego czole i wielkie sine limo pod okiem. Ja pierdolę…
Powolutku podeszłam  i usiadłam obok niego. Posłałam mu pełen troski uśmiech.
- Spokojnie. – zaczął – Tak strasznie źle nie jest.
Zaśmiałam się, choć w środku czułam się winna.
- Podobno coś ci się śniło? – zapytałam.
- Taa… Same głupoty.
- Powiedz! Mam ochotę się pośmiać  - zachęciłam go.
Chłopak spojrzał na mnie niechętnie, jednak po chwili zaczął gadać. Co gorsza, to czego się obawiałam. Gdyby nie to, że jestem wampirem to pewnie bym teraz nieźle zbladła albo zemdlała.
- No to naprawdę nieźle przygrzmociłeś! – zaśmiałam się, choć w środku zrobiło mi się gorąco ze stresu.
- Na szczęście to był tylko sen! Jakoś nie wyobrażam sobie tego, że morduję niewinnego człowieka! – powiedziałam.
- No! Albo tego, że mnie zdzieliłaś patelnią!
- Taa…
W tym momencie zapanowała cisza. Dzięki Bogu, myślał, że to tylko sen. Kolejna misja spełniona. Coraz częściej dochodziłam do wniosku, że popełniam coraz więcej błędów. Znowu wracam do przeszłości, kiedy byłam taka, jak Alice, albo i gorsza. Muszę z tym skończyć, zanim znowu ktoś zginie…
- Właściwie… Jeśli mogę zapytać? Dlaczego jesteś ubrana na czarno? – wyrwał mnie tym zdaniem z rozmyślań.
- Mam dzisiaj pogrzeb. – powiedział i zrozumiałam swój błąd.
Kuba patrzył na mnie zszokowany. Musiał przypomnieć sobie mój wczorajszy monolog, który miał być dla niego tylko snem. Cholera do sześcianu!
- Spokojnie! – wykrzyknęłam – Idę bardziej jako osoba towarzysząca! Jakiś chłopak z akademika zmarł. Powiem szczerze, że nawet go nie znałam, ale wypadałoby pójść… - modliłam się, by uwierzył w setne już kłamstwo.
Uśmiechnął się serdecznie. Uf! Udało się! Po raz kolejny tego dnia! Spojrzałam na niego zadowolona. On lekko dotknął swojego guza. Skrzywił się. Znowu poczułam się winna. Przysunęłam się do niego bliżej. Złapałam na jego dłoń i odsunęłam lekko od rany. Sama jej dotknęłam. Chłopak znowu się wykrzywił. Zamknęłam oczy. Sięgnęłam do swoich wampirzych mocy. Moim darem było zabieranie bólu, leczenie ran, nawet śmiertelnych.  Chwilę później, guz troszeczkę się zmniejszył i przestał  boleć. Nie mogłam go kompletnie usunąć, bo po raz kolejny musiałbym się tłumaczyć. Powiem szczerze, że z tego, już nie wiem jak.
Zjechałam lekko dłonią, dotykając siniaka pod okiem, potem jego policzka.
- Lepiej? –zapytałam.
- Odkąd tu jesteś to o wiele.
Podniósł się lekko przybliżył do mnie. Założył kosmyk włosów za ucho i dotknął mojego policzka. Nasze usta znowu dzieliły milimetry.
Déjà vu.
- Kuba, Jass, może chce… O, przepraszam! – odskoczyliśmy od siebie. W drzwiach stał Robert. Szczerzył się od ucha, do ucha. No tak! Déjà vu,  kurwa!
- Może jednak was zostawię. – powiedział wychodząc z pokoju.
Kuba odsunął się ode mnie i oparł o poduszkę. Zrobił przy tym obrażoną minę. Zaśmiałam się pod nosem. Było blisko. Znowu…
- Chyba czas na mnie. – stwierdziłam i wstałam.
Chłopak próbował zrobić to samo, ale gestem powstrzymałam go.
- Jutro wyjeżdżamy. Czyli już się nie zobaczymy… - powiedział.
Zszokowało mnie. No tak! Jutro był piąty. Nie wiem czemu, ale poczułam dziwne uczucie w sercu. Sięgnęłam do torebki i wyjęłam z niej karteczkę.
- Proszę! – powiedziałam wręczając mu ją – To mój e-mail. Musimy się jakoś dogadać w sprawie ślubu.
Błaszczykowski spojrzał na mnie zszokowany. Wybuchłam niepohamowanym śmiechem.
- W sprawie ślubu mojego kolegi. Pamiętasz? – powiedziałam rozbawiona.
Chłopak zaśmiał się.
- No tak! Napiszę.
Pokiwałam głową. Podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek. Jak do tej pory tylko to nam wychodziło. Pomachałam na pożegnanie  i wyszłam z pokoju. Dostrzegłam resztę piłkarzy, niebezpiecznie kręcących się w pobliżu pomieszczeniu, w którym znajdował się ich kolega. Wątpiłam, że to z czystej troski. Podeszłam do nich i pożegnałam się.
- Wpadnij kiedyś! – rzucił w moją stronę Wojtek – Ja nie wyjeżdżam!
- Wpadnę! – uśmiechnęłam się i zniknęłam za drzwiami.
Wyszłam przed apartamentowiec Wojtka i wsiadłam do swojego samochodu. Usiadłam za kierownicą  i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Teraz czekało mnie coś o wiele trudniejszego, niż rozmowa z Kubą.
                                                              *  *  *  *  *

Nad grobem stała już tylko trójka wampirów.  Nie mogłam skojarzyć skąd znam obejmującą się parę, ale to nie oni byli w tej chwili najważniejsi. Jasmine stała obok nich ze spuszczoną głową, a potem poderwała ją nagle, jakby ktoś coś do niej powiedział. Najwyraźniej zrobiła to dziwnie znajoma mi wampirzyca, bo wzrok mojej mentorki skupił się na niej i jej partnerze. Po chwili poruszyła ustami, zapewne odpowiadając na jakieś pytanie. A potem nagle jej wzrok spoczął centralnie na mnie. Delikatnie zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. Chyba nie tylko ja byłam świadoma tego, że musimy sobie sporo wyjaśnić. Obca wampirzyca złapała Jasmine za rękę i tak spleceni ruszyli w moją stronę. Wysoki przystojniak spojrzał na mnie przenikliwie, z każdym krokiem coraz bardziej nachalnie. Dobra, może i był gorący, ale to nie daje mu prawa gapienia się na mnie jak cielę w malowane wrota. W końcu cała trójka stanęła naprzeciw mnie. Spojrzałam troskliwie na Jass, szukając na jej twarzy jakiejkolwiek oznaki rozpaczy, jaka ogarnęła ją wczoraj. Zanim w naszym pokoju zawitał Kuba, byłam na granicy wytrzymałości. Nie znosiłam, gdy ważni dla mnie ludzie się męczyli. Kiedy mieli wypisane na twarzach to bezbrzeżne cierpienie i pretensję do wszechświata za to, co ich spotkało. Odkąd przemieniono mnie w wampira, zaczęłam bać się cierpienia i wszystkich jego następstw. Bo jeśli zaczęłabym teraz cierpieć, dajmy na to z powodu miłości, to mój ból ciągnąłby się do końca wieczności. Bo wampir wszystko robi jeden raz. Raz się zakochuje, w tylko jednej osobie, raz rodzi dziecko, tylko raz umiera i tylko raz się rodzi. I choć ten niebywale brutalny zakaz zakochiwania się wciąż obowiązywał, to chwilami doceniałam jego znaczenie. Potrząsnęłam głową, chcąc odgonić niechciane myśli. Nie zorientowałam się, że nieznajoma mi para stanęła tak blisko mnie. Poczułam się niekomfortowo i natychmiast włączył mi się instynkt drapieżnika. Odsunąć się, bo są starsi i silniejsi, bo mogą mnie skrzywdzić. Nie zdążyłam jednak choćby mrugnąć, bo mężczyzna odsunął się ode mnie w wampirzym tempie, jednocześnie ciągnąc partnerkę za ramię, by uczyniła to samo. Spojrzała na niego zdezorientowana, ale on patrzył na mnie, mając wręcz wypisane na twarzy „Już dobrze.” Zmarszczyłam brwi. Czyżby czytał w myślach?
- Tak. – usłyszałam melodyjny baryton wydobywający się z jego ust.
Uśmiechał się delikatnie, patrząc na mnie z podziwem zmieszanym ze zdziwieniem. Otworzyłam szeroko oczy. Zdaje się, że naprawdę czytał w myślach.
- Owszem, to właśnie mój dar. – odezwał się znowu, a dwie towarzyszące nam wampirzyce, o których szczerze mówiąc, zupełnie zapomniałam, spojrzały na niego jak na psychicznie chorego. Najwyraźniej dostrzegł to, bo odwrócił się w ich stronę i rzucił lekko: - Alice właśnie odkryła mój dar. Swoją drogą, jestem pod wrażeniem. Jeszcze nikt nigdy nie zgadł jaką posiadam zdolność, zanim sam ją wyjawiłem. Gratulacje, Alice. – ostatnie słowa skierował w moją stronę. Ja jednak byłam zbyt skołowana, by chociaż podziękować. Spojrzałam na Jasmine, szukając ratunku. Ona westchnęła i powiedziała: - To jest Edward Cullen i jego żona Bella. W ich pieczy leży edukacja wszystkich nowonarodzonych wampirów, których stwórcy nie skierowali do naszej Akademii. – jej melodyjny, wysoki głos uspokoił mnie i przywrócił do porządku. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, uważniej przyjrzałam się ich twarzom i przypomniałam sobie skąd ich kojarzę. W ciągu piętnastu lat mojej wampirzej edukacji musieli pojawić się klika razy w szkole. I choć nie spotkałam ich nigdy osobiście, to ich twarze musiały gdzieś mignąć w tłumie.
- Alice, jestem Isabella, ale mów mi Bella. Dobrze w końcu Cię poznać. Wiesz, że formalnie rzecz biorąc, jesteś starsza ode mnie? – tak oto zaczęła naszą znajomość Bella Cullen. Uśmiechnęłam się półgębkiem, po czym spojrzałam na Edwarda. Postanowiłam kontynuować naszą niemą rozmowę i pomyślałam nad kolejnym pytaniem.
- Jest tarczą. – odpowiedział. Nie ma to jak powiedzieć o żonie „tarcza”. Żar uczuć. Zaśmiał się wbrew swej woli, czym przyciągnął uwagę wspomnianej „tarczy” oraz Jasmine. Już otwierał usta, by wyjaśnić im, o co chodz,i ale nie zdążył.
 - Pytałam jaki masz dar, Bells. Twój małżonek powiedział, że jesteś tarczą. – rzekłam. W końcu nie byłam niemową, do cholery.
- A jaki Ty masz dar, Pagello? – zwrócił się do mnie Edward.
- Ja… - zawahałam się. Nie miałam daru.
- Jej talentem jest pakowanie się w kłopoty. – uratowała mnie Jasmine.
Wampir zmarszczył brwi, jakby coś mu nie pasowało, ale po chwili uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Tego jestem pewien.
Balla zaśmiała się na te słowa, a Jasmine złapała mnie za dłoń.
- Chodźmy do domu. Musicie się lepiej poznać.
***

- Alice, musimy porozmawiać. – powiedziała Jasmine, kiedy siedzieliśmy w salonie naszego apartamentu. Oprócz nas byli tam Alex z Sarą, Samantha, Edward, Bella i Timothy. Wszyscy oprócz mnie znali zmarłą parę, więc kiedy coś o nich wspominali czułam się jak piąte koło u wozu. Oczywiście nikt nawet nie raczył wytłumaczyć mi co się naprawdę stało, jak poznali Alice Cullen i przede wszystkim, kim ona w ogóle była?
Siedziałam więc ze znudzona miną, ale tak naprawdę uważnie przysłuchiwałam się wszystkim rozmowom.  Nie wiem dlaczego, ale podświadomie czułam, że każdy wiele zawdzięczał zarówno Alice jak i Jasper’owi. Nie miałam też pojęcia, co w takim razie robiłam tam ja, w końcu dowiedziałam się o ich istnieniu dopiero po ich  śmierci. Niemniej jednak moja przyjaciółka złapała mnie za rękę i zaczęła mówić z nieobecnym wzrokiem.
- Alice była moją przyjaciółką, na długo przed twoimi narodzinami. To właśnie dzięki niej poznałam Cullenów. Spojrzałam na Edwarda. – Tak, to o nas mowa. – odpowiedział na zadane przeze mnie bezgłośnie pytanie.
- Na początku rodzinę Cullenów tworzyli Edward i Carlisle, który potem przemienił również Esme, naszą szefową, którą miałaś przyjemność ostatnio poznać. – Następne słowa Jass zagłuszyło wymowne chrząknięcie Timothy’ego. – Jasmine, jak ty dziwnie wymawiasz słowo nieszczęście… - powiedział, na co wszyscy parsknęli śmiechem, a wspomniana wampirzyca spiorunowała go wzrokiem. Posłał jej spojrzenie niewinnej dziewicy, mrugając oczętami jak flirtująca nastolatka, a ja roześmiałam się po raz pierwszy tego dnia. W końcu wszyscy się ogarnęli, więc Jasmine wróciła do opowiadania.
- Kilkanaście lat po dołączeniu Esme, Carlisle przemienił umierającą blondynkę z arystokratycznej rodziny – Rosalie Hale. Carlisle chciał, aby Edward się z nią związał, ale on od początku traktował ją tylko jak siostrę. Zaś Rosalie wzięła sprawy we własne ręce i znalazła w górach konającego po spotkaniu z niedźwiedziem Emmeta. Na rękach przyniosła go do Carlisle’a, który przemienił również jego. Dopiero po kilkunastu latach w domu Cullenów niespodziewanie pojawiły się dwa obce wampiry. Tajemnicza i drobniutka, obdarzona elfią urodą Alice oraz Jasper, silny i niebezpieczny, z bliznami po ugryzieniach innych wampirów na każdym skrawku ciała.
Alice miała niezwykły dar – widziała przyszłość, a jej ukochany wyczuwał emocje innych i potrafił nimi manipulować. Ich dary, w połączeniu ze zdolnościami Edwarda umożliwiały im życie wśród ludzi, chodzenie do pracy, szkoły – mogli żyć jak normalni ludzie, nie ukrywając się jak zabójcy. Dzięki piciu zwierzęcej krwi, tak jak to robimy teraz, ich oczy były złote, a nie czerwone jak u krwiożerców. Właśnie poprzez zamieszkanie wśród ludzi Edward poznał Bellę. Cullenowie wprowadzili się do Forks, na północy Stanów. Tam poznali Bellę, uroczą śmiertelniczkę z talentem do pakowania się w kłopoty. To coś z Twojej półki. – ostatnie zdanie Jasmine skierowała bezpośrednio do mnie. Byłam tak skupiona na historii nieznanych mi wampirów, że dopiero po chwili dotarła do mnie niezbyt subtelna aluzja Jass. Wszyscy oczywiście zaśmiali się, widząc moją minę. Jasmine uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i kontynuowała opowieść.
- Po wielu namowach Belli, Edward w końcu zgodził się przemienić ją w wampira, ale niespodziewanie Bella zaszłą w ciążę. Takie przypadki mają miejsce raz na setki lat, więc nie mieli pojęcia co robić. Po śmierci Carlisle’a cała masa wiedzy o wampirach przepadła. Edward chciał pozbyć się płodu, tak jak Jacob – przyjaciel Belli. Jednak ona pokochała swoje nienarodzone dziecko i nie pozwoliła im go uśmiercić. Dożyła do porodu, a potem uratować ją mogła tylko przemiana w wampira. Od tamtej pory Bella jest wampirem. A urodziła im się półwampirza córeczka – Renesmee. Ona również ma dar – potrafi za pomocą dotyku przekazać swoje myśli innym.
- Musisz ją poznać, czuję, że dogadałybyście się od razu. – wtrąciła małżonka Edwarda. On sam siedział naprzeciwko niej i obserwował każdy jej ruch z taką czułością, że aż musiałam odwrócić wzrok. Miałam wrażenie jakbym co najmniej przyłapała ich na czymś bardzo intymnym. On jednak usłyszał moje myśli i zdezorientowany spojrzał prosto na mnie. Wzruszyłam przepraszająco ramionami. Nie mam pojęcia skąd, ale wiedziałam, że podziwiał Bellę za jej odwagę i ciągle miał do sobie trochę żalu, że musiała tyle przez niego wycierpieć. Popatrzył mi smutno w oczy. A więc miałam rację. Nagle poczułam na udzie wibracje telefonu.
Przeprosiłam wszystkich i stanęłam przy wyjściu z salonu, choć równie dobrze mogłabym nie wstawać, bo i tak usłyszeliby każde słowo zarówno moje jak i mojego rozmówcy. Spojrzałam na wyświetlacz. Harry?
Czułam na sobie wzrok Jasmine i Tima, ale mimo wszystko odebrałam.
- Po co do mnie dzwonisz, Harry? – powiedziałam do telefonu. Za plecami usłyszałam wymowne chrząknięcie i stłumione przez udawany kaszel słowa „może grzeczniej” . Wywróciłam oczami i syknęłam przez zęby:
- Zamknij się, Tim.
 Słuchająca mnie siódemka wampirów, w tym mój ukochany, irytujący przyjaciel robiący z siebie idiotę – to wszystko w żadnym stopniu nie pomagało mi w rozmowie z napalonym na mnie śmiertelnikiem o cudownie zielonych oczach, świecących jak dwa szmaragdy. Gdy tylko ta myśl przemknęła mi przez głowę, usłyszałam stłumione parsknięcie, więc odwróciłam się przodem do zebranych. Wszyscy skierowali swój wzrok na Edwarda, który patrzył na mnie z rozbawieniem w złocistych tęczówkach. No pięknie, musze się pilnować, bo ten cholerny podsłuchiwacz czyta mi w myślach. Westchnęłam sfrustrowana. Naraz ze słuchawki dobiegł głos Loczka.
- Kim jest Tim?
Złapałam się kciukiem i palcem wskazującym za nasadę nosa i z przymkniętymi oczami wzywałam Boga na ratunek.
- To mój znajomy, czemu pytasz? – zapytałam udając idiotkę.
- Ach, znajomy… - odpowiedział z westchnieniem. Zmarszczyłam brwi.
- Jesteś zazdrosny? – nie wiem po co zadałam to pytanie. To oczywiste, że był.
- Nie, ja…tylko… - zaczął się plątać.
- Harry, nie masz powodu.
- Jesteś pewna? Poza tym nic nas nie łączy, więc nie musisz mi się tłumaczyć. – powiedział jakby z bólem.
Westchnęłam. Dlaczego śmiertelnicy są tacy skomplikowani i do tego wszystko rozumiej ą na opak? Gdyby żyli trzy razy dłużej niż normalnie patrzyliby na pewne sprawy zupełnie inaczej, jestem pewna. Przecież to, że nie wyznałam mu dozgonnej miłości i uwielbienia jego ciała i duszy, nie znaczyło, że nie jestem nim zainteresowana. W końcu to on jest sławnym piosenkarzem i to jemu powinno zależeć na dyskrecji, do cholery. Przynajmniej z jego punktu widzenia. To kim jestem ja musiało pozostać tajemnicą nawet dla samego Harry’ego.
- A chciałbyś, żeby łączyło? – zapytałam ciekawa co odpowie.
- Nie sądzę, żeby to była rozmowa na telefon. – odparł dyplomatycznie, a ja zaśmiałam się w duchu. Wiedział jak wymusić spotkanie. Gdy próbowałam opanować rozbawienie, usłyszałam, że towarzystwo zdecydowanie nie próbuje się ogarnąć i śmiali się ze mnie w najlepsze. Pieprzone wampiry i ich pieprzone nadludzkie zdolności.
Na tą myśl Edward prawie zachłysnął się ze śmiechu, ja zaś posłałam mu groźne spojrzenie. Nawet nie próbuj się odzywać Cullen, bo urwę ci język. Postanowiłam wrócić do rozmowy z Loczkiem.
- Dobrze, masz rację. Musimy się spotkać. – powiedziałam.
- Masz na myśli jakiś konkretny termin? – zapytał Harry.
- Może uda mi się wcisnąć cię do grafiku. W wolnym czasie. – odrzekłam z zadziornym uśmiechem, którego nie mógł zobaczyć.
- A co robisz w wolnym czasie? – cholera, i tu zaczynają się schody. Przecież nie powiem mu, że w przerwach między zabijaniem wampirów trenuję, żeby być w tym jeszcze lepsza. Śmiechy za mną trochę przycichły, najwyraźniej wszyscy ciekawi byli mojej odpowiedzi. Niech to szlag, nagle się zainteresowali moim życiem osobistym. Podniosłam oczy do nieba.
- Czytam poradniki dla samotnych matek, przyłączysz się? – postanowiłam trochę się z nim podrażnić. Najwyraźniej trochę go zatkało, bo przez chwilę w słuchawce słyszałam tylko jego oddech.
- Jasne, czemu nie? Podobno na Pembridge Road jest świetna księgarnią z takimi poradnikami. – odezwał się w końcu, a swoją odpowiedzią wywołał śmiech wszystkich wampirów zebranych w moim salonie. Jezu Chryste, co za głośna publiczność.
- Notting Hill? Chcesz żebym była Willem Thackerem, a ty będziesz moją Anną Scott? - odparowałam zaczepkę. W odpowiedzi usłyszałam jego dźwięczny śmiech. Na ten odgłos mimowolnie uśmiechnęłam się z czułością, zupełnie zapominając o siódemce wampirów pękających ze śmiechu. Zaraz. Oprzytomniałam nagle, zdziwiona jednym szczegółem. Śmiało się sześć wampirów, nie siedem. Edward Cullen siedział wyprostowany, swoją postawą zupełnie nie pasując do rozbawionych towarzyszy. Patrzył mi poważnym wzrokiem prosto w oczy, a ja nie wiem jakim sposobem, ale zrozumiałam, że dostrzegł ten rozmarzony uśmiech, jaki wypłynął na moją twarz po usłyszeniu śmiechu Harry’ego. I właśnie to go zmartwiło. Przypomniałam sobie jego historię. Zakochany w śmiertelniczce.
- Alice? Jesteś tam jeszcze? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Loczka. Wciąż patrząc Edwardowi prosto w oczy kontynuowałam rozmowę.
- Jestem. Może być Notting Hill. Spotkajmy się przy Coronet Cinema o siódmej w piątekza dwa tygodnie. – odpowiedziałam.
- Idziemy do kina? – zapytał, a w tle usłyszałam jęk jakiegoś chłopaka i stłumione „Nie pij z mojej szklanki Louis!”.
- Tak, do kina. Harry, gdzie ty jesteś? – byłam prawie pewna, że siedział w tym barze, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy.
- Jestem z chłopakami w barze. Wiesz, tym w którym się poznaliśmy. A Zayn właśnie rozlał połowę mojego drinka na swoje spodnie. Kutas. – powiedział z niezadowoleniem, a ja pomyślałam, że to niewiarygodne jak niedojrzali są w dzisiejszych czasach nastoletni chłopcy. Tylko trochę kasy, a oni już urządzają libacje, orgie i Bóg raczy widzieć co jeszcze.
- Harry, nie powinieneś tyle pić. W twoim wieku podstawowym napojem powinien być sok pomarańczowy, a nie szkocka. – powiedziałam i gdzieś głęboko czułam, że to samo powiedziałaby mi moja matka w tej sytuacji. Gdyby żyła. Naraz zniknęło całe moje rozbawienie, a śmiejący się znajomi zamiast mnie bawić, zaczęli irytować. Wspomnienie o rodzicach otwarło zamknięte rany, przywołało skrywany głęboko smutek i żal.
Zmianę w moim nastroju zarejestrował wyłącznie Edward, a ja pomyślałam, że gdyby Jasper żył, to on również by ją zauważył. A Alice podejrzałaby przyszłość i pocieszyła mnie, mówiąc że niedługo będzie lepiej, w końcu wiedziała to najlepiej. Przed oczami zaczął mi się tworzyć obraz tej dwójki, uśmiechającej się do siebie poufale. Nigdy nie widziałam nawet ich zdjęć, nikt mi nie mówił jacy byli, ale podświadomie wiedziałam, że Jasper lubił wdychać zapach krótkich, czarnych włosów Alice, a ona zawsze z nostalgią i czułością przejeżdżała palcami po każdej jego bliźnie. Z zamyślenia wytrącił mnie głos Harry’ego.
- Troszczysz się o mnie? – zapytał trochę niepewnie. W tej chwili nie potrafiłam wymyślić nic zabawnego lub zaczepnego. W tej chwili jedyne na co było mnie stać to szczerość.
- Tak. Do zobaczenia za dwa tygodnie, Harry. I nie pij już więcej, proszę. – tymi słowami zakończyłam nasza rozmowę i wcisnęłam czerwoną słuchawkę.
***
Następnego dnia obudziło mnie pukanie do drzwi.
- Panno Pagello, może Pani otworzyć? – głos jednego z najmłodszych kadetów akademii otrzeźwił mnie natychmiastowo. Zwlekłam się z łóżka, zdając sobie sprawę, że mam na sobie tylko długi T-shirt i czarne figi, a moje włosy przypominają fryzurę gorgony. Westchnęłam z frustracją i przeszłam na boso po zimnych płytkach hallu. Ziewając otworzyłam drzwi. Przed nimi stał niewysoki chłopak z krwistoczerwonymi oczami, ubrany w ciemne spodnie i granatowy sweter, spod którego wystawała biała koszula i szary krawat.
- Co się dzieje Nigel? – zapytałam zaspanym głosem. On jednak nie spieszył się z odpowiedzią, za bardzo skupiony na wpatrywaniu się wytrzeszczonymi gałami na moje nagie nogi.
- Nigel?
Cisza.
- Nigel, do cholery, jest jakiś konkretny powód dla którego stoję tu marznąc o tak barbarzyńsko wczesnej porze?! – warknęłam przez zęby. To go wyrwało z transu, potrząsnął głową i próbując skupić wzrok na moich oczach, a nie piersiach, powiedział bełkotliwie:
- Do Akademii przyszły kwiaty, których odbiorcą, według doręczyciela, jest Pani. – zakończył wpatrzony w moje twardniejące z powodu zimnego powietrza sutki. Cholera, mogłam założyć chociaż szlafrok. Westchnęłam.
- W takim razie za pół godziny zejdę po nie. – odparłam patrząc na niego karcąco. Na moje słowa zmieszał się odrobinę.
- Kurier chce pani podpisu na jakimś dokumencie, a wie Pani doskonale, że im dłużej śmiertelnik będzie gościł w naszych progach, tym większe niebezpieczeństwo mu grozi. – wyjaśnił rzeczowo, ale wymawiając słowo „śmiertelnik” miał w czerwonych oczach iskierkę głodu. Zwierzęca krew dostarczała nam tyle siły, ile było potrzebne do normalnego funkcjonowania wśród ludzi i zabijania krwiożerców, ale krew śmiertelników stanowiła nieodłączną pokusę naszej egzystencji. Właśnie po to przez dziesięć lat każdy z nas przechodzi wyczerpujący trening. Żeby zbudować wolę na tyle silną, by w chwili próby powstrzymać się przed morderstwem niewinnego człowieka.
- Dobrze, masz rację. Tylko się ubiorę. – normalnie olałabym i Nigela, i kuriera, ale od kilku tygodni widziałam jak bardzo ten chłopak, przemieniony w wieku piętnastu lat, starał się pozbyć wszystkich podszeptów wampirzego ciała, nakazujących mu pić ludzką krew. Nie wiem skąd, ale odezwały się we mnie jakieś matczyne instynkty, bo uśmiechnęłam się do niego ciepło i weszłam w głąb apartamentu, zapraszając go do środka machnięciem dłoni. Przekroczył próg, niepewnie rozglądając się po wnętrzu mojego pokoju.
- Ładnie tu. – stwierdził grzecznie, stając przy wejściu do kuchni. Zaśmiałam się.
- Wierz mi, po generalnym sprzątaniu ten pokój wygląda zdecydowanie lepiej niż teraz. Na stoliku w kuchni powinny być babeczki. Poczęstuj się. – rzuciłam przez ramię, wchodząc do swojej sypialni. Przymknęłam za sobą drzwi i skierowałam się w stronę szafy. Zrzuciłam z sobie podkoszulek, zamiast niego zakładając szybko czarny stanik i ciepłą bluzkę z długimi rękawami. Potem wciągnęłam czarne legginsy i przejechał szczotką po włosach kilkoma gwałtownymi ruchami. Na koniec wsunęłam stopy w wygodne czółenka i wyszłam z pokoju. Nigel stał w salonie i zajadając babeczkę przyglądał się ustawionym na komodzie zdjęciom. Na prawie każdym byłam razem z Jasmine, niektóre przedstawiały również Alexa, Samanthę i Timothy’ego. Bezszelestnie, co nie jest proste w butach na obcasie, podeszłam do niego i oparłszy się ramieniem o ścianę zapytałam:
- Gotowy?
Wzdrygnął się zaskoczony i zaraz przybrał minę, jakby chciał skarcić sam siebie za to, ze udało mi się go podejść. Zaśmiałam się w duchu. Musi się jeszcze wiele nauczyć o byciu łowcą.
Nic nie mówiąc ruszył do drzwi, ja poszłam w jego ślady stukając obcasami po twardych płytkach.
Zamknęłam za nami drzwi i odwróciłam się w stronę Nigela. W kąciku ust zostało mu trochę czekolady z babeczki, którą go poczęstowałam, więc podniosłam rękę, aby wytrzeć mu twarz. On jednak opatrznie zrozumiał moje intencje, zapewne spodziewając się ataku. Z wampirzą szybkością podbiegł do przeciwległej ściany, uderzając w nią plecami. Oczy miał szeroko otwarte i wpatrzone we mnie z niepokojem. Powoli opuściłam rękę, pozwalając jej zwisać swobodnie wzdłuż mojego boku. Nie ruszyłam się nawet o pół kroku.
- Nie musisz się mnie bać, Nigel. - powiedziałam spokojnym, cichym głosem, wiedząc że i tak mnie słyszy.
Nadal wpatrywał się we mnie przerażony, kompletnie mi nie ufając. Już miałam westchnąć, ale powstrzymałam się. To mogłoby go tylko sprowokować.
- Spokojnie, Nigel. Nie jestem Twoim wrogiem. Jesteśmy po tej samej stronie. Nie atakujemy siebie nawzajem, pamiętasz? – dodałam jeszcze ciszej, wolno wypowiadając każde słowo. Nikt nie szedł korytarzem na tym, ani na poprzednim piętrze, przez co miałam wrażenie, jakbyśmy znajdowali się budynku zupełnie sami.
- Mieliśmy iść do kuriera, pamiętasz? Im krócej tu będzie, tym lepiej, prawda? Nie chcesz, aby ktoś go skrzywdził, mam rację? – szereg pytań, który skierowałam w jego stronę najwyraźniej go oprzytomnił, bo rozluźnił mięśnie i ostrożnie, niespiesznym krokiem podszedł do mnie. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze wyszeptał: - Przepraszam. Nie powinienem tak reagować. Ma Pani rację, nie atakujemy się nawzajem. Poza tym kurier wciąż czeka.
Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Jesteś ubrudzony czekoladą. Chciałam po prostu wytrzeć Ci twarz, to wszystko.
Na moje słowa podniósł wzrok i wyczytawszy w moich oczach, że mówię prawdę, uśmiechnął się półgębkiem. Ruszyłam przodem ku windzie. Bał się innych wampirów, to pewne. Starszych, lepiej wyszkolonych, silniejszych. Bał się, że ko skrzywdzą. Że go zdradzą. Wystarczyło, że podniosłam szybko dłoń, a on odskoczył jak spłoszone zwierzę. Czułam, że ten lęk pochodzi z czasów, kiedy był jeszcze człowiekiem. Westchnęłam.  A jeszcze wczoraj sądziłam, że to śmiertelnicy są skomplikowani. Dzisiaj, jadąc windą z nadal niepewnym Nigelem stwierdziłam, że wampiry są sto razy bardziej skomplikowane, nieprzewidywalne i tajemnicze.
Postanowiłam zakończyć te rozmyślania, kiedy wysiedliśmy z windy na parterze, z twarzami skierowanymi na główny hall Akademii. Przy kontuarze stał ubrany w czerwony polar kurier, mocno już zniecierpliwiony, z bijącym szybko sercem. Podeszłam do niego w ludzkim tempie, a on słysząc stukot obcasów odwrócił się w moją stronę.
- Pani Alice Pagello? – zapytał gardłowym głosem. Kiwnęłam głową.
- Nareszcie Pani jest. Mam tez inne przesyłki do dostarczenia, mogłaby się Pani trochę pospieszyć. Proszę tu podpisać. – powiedział, wskazując palcem na pustą rubrykę. Sięgnęłam po długopis i zamaszyście maznęłam swoje nazwisko zajmując trzy sąsiednie kratki, przeznaczone na nazwiska innych klientów.
- Pan wybaczy, ale o szóstej rano zwykle śpię. – odparłam pogardliwie, wręczając mu z powrotem długopis.
Zacisnął usta w wąską linię i nie odzywając się więcej podał mi kosz pełen kwiatów. Gdy tylko zacisnęłam dłonie na jego pałąku, kurier wyszedł z budynku bez słowa. Postawiłam przesyłkę na podłodze, po czym dostrzegłam przyczepioną do łodygi jednego z kwiatów karteczkę. Odwiązałam ją i rozłożyłam. Pochyłym pismem napisane było kilka zdań.
„Mam nadzieję, że lubisz kwiaty, bo do tego tematu jeszcze nie doszliśmy.
Może chciałabyś uzupełnić braki w mojej wiedzy?
Tęsknię,
Robert.”


                                                              ***

Do: jasmine.stewart@gmail.com
Od: kubulek.blaszczykowski@gmail.com
Temat: Powrót do rzeczywistości
Hej!
Co tam u Ciebie słychać? Nam udało się dolecieć w jednym kawałku. Cieszę się, że wróciłem do treningów, ale te poranne to mogliby sobie darować.  Nie cierpię rano wstawać! W niedzielę mamy mecz z Hamburgiem. Liczę, że uda nam się wygrać. Mówiłaś, że masz dużo pracy w biurze, przez pierwszych parę miesięcy, jednak mam nadzieję, że uda Ci się kiedyś przyjechać na nasz mecz. Tak w ogóle, to piszę, bo mieliśmy się dogadać w sprawie tego ślubu.  Mam się jakoś specjalnie przygotować?
Pozdrawiam
Kuba

Wysłano dnia: 17.01.2012
                                                                  *  *  *  *  *      

Stałam pod kinem od dziesięciu minut, a Harry’ego ani śladu. Przez cały tydzień nastawiałam się psychicznie na to spotkanie, w końcu w Blue Print Cafe miałam zakończyć naszą i tak krótką znajomość. Ale miałam do tego chłopaka słabość. Nigdy wcześniej nie spotkałam ani człowieka ani wampira takiego jak on. Pomijając jego boskie loczki, dołki w policzkach, zniewalający uśmiech i delikatne dłonie, był w dziwny sposób interesujący. Nie potrafiłam znaleźć określenia na to, jaki był Harry. Trochę pokręcony, roztrzepany, wewnętrznie pogmatwany, zraniony rozwodem rodziców i rozradowany możliwością śpiewania w One Direction. Cieszył się życiem, nieustannie się uśmiechał i widział świat przez różowe okulary, ale z drugiej strony był wiecznie zamyślony i jakby nieobecny, smutki topił w procentowych napojach, namiętności dawał upust z nieznajomymi dziewczynami spotykanymi przypadkowo w klubach. Z jednej strony nie mogłam go rozgryźć, był dla mnie chodzącą zagadką, a z drugiej w jego oczach mogłam czytać jak w otwartej księdze, z jego ruchów mogłam odczytać wszystkie intencje. Wszystkie te myśli przyprawiały mnie o zawrót głowy. Nagle usłyszałam warkot silnika samochodu. Potrząsnęłam głową i spojrzałam przed siebie. Do krawężnika podjechał czarny Range Rover, za którego kierownicą siedział szczupły szatyn z szerokim uśmiechem na ustach. Zanim jeszcze otworzył drzwi, dobiegło do mnie dudnienie muzyki z samochodowego radia. Louis popchnął drzwi auta i zdjąwszy stopy z pedałów, wyrzucił je na chodnik. Ktoś siedzący po jego lewej stronie sięgnął dłonią do gałki radia i przyciszył muzykę. Tym kimś okazał się Liam. Wyszczerzył ząbki w moją stronę.
- Cześć, Alice. Dobrze cię znowu widzieć. – powiedział Louis. Odwzajemniłam ich uśmiechy.
- Hej chłopaki. Was też dobrze zobaczyć. Nie ma z wami Harry’ego? – zapytałam.
- Jestem, jestem! – usłyszałam chropowaty głos Loczka z głębi auta. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
Tylne drzwi otworzyły się i z samochodu wysiadł mój młody bóg. Zaraz, nie mój. Po prostu młody bóg.
Popatrzyłam na jego strój i odetchnęłam z ulgą. Kompletnie nie wiedziałam w co się ubrać, więc dobrze było zobaczyć normalny ubiór Harry’ego. Bałam się, że jeśli ubiorę się zbyt elegancko, wyjdę na snobkę. Ale z drugiej strony, jeśli on pojawiłby się w garniturze, mój zwyczajny strój byłby stanowczo nie na miejscu. Na szczęście chłopak miał na sobie ciemne spodnie i ciepłe zimowe buty, a klatkę piersiową ukrył pod granatową kurtką, więc nie odstawałam od niego ani trochę. Co prawda mi kurtka była niepotrzebna, czułam chłód, ale ni wyrządzał mi krzywdy. Byłoby to jednak ciut dziwne, gdybym w środku zimy wystąpiła tylko w cienkiej zielonej koszuli.
- Ładnie wyglądasz. – powiedział Harry. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Z tobą też nie jest najgorzej. – dodałam zadziornie. Lou zaśmiał się, a Liam pokręcił z rozbawieniem głową.
Harry stał pochylony w moją stronę i z delikatnym uśmiechem wpatrywał się w moją twarz.
- Na razie, chłopaki. W razie co będę dzwonił. – rzucił w stronę dwójki przyjaciół, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nie ma za co Harry. Zawsze chętnie pojadę w zupełnie innym kierunku, żeby podrzucić cię na randkę. – rzucił sarkastycznie Lou. Liam tylko posłał nam uśmiech i wsiadł bez słowa do samochodu.
- Do zobaczenia, Louis. – rzuciłam w stronę szatyna. Pomachał mi i usiadł za kierownicą. Zatrzasnął drzwi i odjechał. Loczek zaś pochylił się jeszcze bardziej (matko, jaki on jest wysoki!) i delikatnie ucałował mnie w policzek. Wbrew sobie poczułam się onieśmielona. Do jasnej cholery, co się ze mną dzieje?! Jeszcze kilka tygodni temu coś takiego jak nieśmiałość w ogóle nie istniało w moim słowniku. Westchnęłam sfrustrowana, chyba po raz setny w tym miesiącu. Złapałam chłopaka za rękę i pociągnęłam w stronę wejścia do kina.
- Chodź, bo spóźnimy się na film. – powiedziałam.
- Nawet jeśli, to nic się nie stanie. – rzucił ze wzruszeniem ramion. Uśmiechnęłam się zadziornie.
- O nie, mój drogi. Chcę zobaczyć ten film.
***
Już po pierwszych minutach seansu wiedziałam, że Harry zdecydowanie miał rację. Ten film był kompletną klapą, czegoś tak słabego nie widziałam już dawno. Tytuł był w miarę intrygujący – „W objęciach nocy”.
Coś z mojej półki, jakby nie patrzeć. Jednak te „objęcia nocy” oznaczały objęcia prostytutki, która trafiła na ulicę z powodu chorej matki, a główny bohater, zdesperowany biznesmen szukający rozkoszy u nieznajomej zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Typowe dno. Mimo to, nie dałam po sobie poznać jak bardzo nuży mnie film, bo Harry oczywiście nabijałby się ze mnie przez resztę wieczoru. Siedziałam więc w milczeniu, patrząc bezmyślnie w ekran. Po chwili Loczek znudził się udawaniem spania na moim ramieniu i  niespodziewanie poczułam jego gorące wargi na mojej szyi. Od razu poczułam również chmary motyli przypuszczające atak na mój brzuch. Zupełnie straciłam zainteresowanie filmem i skupiłam się na zachowywaniu kamiennej twarzy. Trąciłam go łokciem, ale nie przestawał. Następne czego doświadczyłam, to rozpalone wargi Harry’ego napierające na moje własne.

 

                                                                  *  *  *  *  *                                        
Do: kubulek.blaszczykowski@gmail.com
Od: jasmine.stewart@gmail.com   
Temat: Gratulacje!
Cześć!
Po pierwsze muszę zacząć od gigantycznych gratulacji. Oglądałam Wasz wczorajszy mecz i muszę powiedzieć, że jestem ogromnie dumna, że znam tak świetnego piłkarza
J Wygraliście wręcz epicko! Strzeliłeś dwa cudne gole! Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem.
Odpowiadając na pytanie z Twojego ostatniego maila: u mnie też spoko. Muszę powiedzieć, że też nie cierpię rano wstawać! Niestety. Codziennie muszę być o 6.00 w pracy. Masakra! Potem jeszcze wykłady. Jakoś daję radę. Nie wiem, czy uda mi się w najbliższym czasie  przyjechać do Dortmundu na mecz. Obiecuję, że się postaram.
Jednak najważniejszy temat – ślub. Jak już wiesz, Alex żeni się z Sarą. Nie zdążyłeś jej poznać, ale mam nadzieję, że to nie problem? Uroczystość odbędzie się 30 marca w St Mary Abchurch. Muszę Ci też coś powiedzieć, choć może już o tym wspominałam. Ja jestem świadkiem, a skoro ty idziesz ze mną… Bardzo Cię przepraszam, jeśli wcześniej Co tego nie powiedziałam! Mam nadzieję, że się nie gniewasz i przyjedziesz?
Pozdrawiam
Jass
Wysłano dnia: 23.01.2012                   

                                                                  *  *  *  *  *      
Do: jasmine.stewart@gmail.com   
Od: kubulek.blaszczykowski@gmail.com

Temat: Świadek zgłasza swoją gotowość
Cześć!
Jak napisałem w temacie: zgłaszam swoją gotowość
J Powiem szczerze, że  trochę mnie to zaskoczyło. Nie przypominam sobie, żebyś mi coś takiego mówiła ale po tym co się ostatnio działo…  Tak, czy siak, możesz na mnie liczyć! Mam nadzieję, że dam radę i nic nie popsuję. Jednak musisz mnie z jednej rzeczy wyplątać, mianowicie przemowy. Wybacz, ale nie znam ich, aż tak dobrze, by wygłosić piękną mowę o ich miłości, o tym, jak się poznali. Ja ich praktycznie nie znam!
Powinienem, od tego zacząć, ale cóż. Dziękuję za gratulacje
J Jednak należą się one nie tylko mi, ale i całej drużynie.  Też mam nadzieję, że uda Ci się przyjechać na mecz. W związku z tym mam Ci coś do zaoferowania (i nie przyjmę odmowy). Chciałbym, żebyś przyjechała do Polski na mecze Euro. Co ty na to? Jak napisałem „nie przyjmę odmowy”, więc liczę tylko na entuzjastyczne „TAK!”
Pozdrawiam
Kuba
Wysłano dnia: 26.01.2012
                                                                  *  *  *  *  *      

                                                      
Do: kubulek.blaszczykowski@gmail.com
Od: jasmine.stewart@gmail.com 
Temat: Nie odmawiam
Hejka!
Cieszę się, że się nie gniewasz! Już wykręciłam Cię z przemowy, więc nie masz się co martwić. Pomyślałam sobie, że mógłbyś przyjechać dzień, dwa wcześniej? Poznałbyś Parę Młodą. Co ty na to?
Co do Euro… Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mogę odmówić, choć i tak bym tego nie zrobiła! Z miłą chęcią pojadę i zobaczę, jak gracie. Tylko musisz mnie ubezpieczyć w jakieś „rekwizyty kibica”. Ja się na tym kompletnie nie znam.
Pozdrawiam
Jass
Wysłano dnia: 27.01.2012
                                                                *  *  *  *  *      
Do: jasmine.stewart@gmail.com 
Od: : kubulek.blaszczykowski@gmail.com
Temat: White and Red
Cześć!
Muszę przyznać, że naprawdę szybko Ci się udało wykręcić mnie z tej przemowy. Jestem pod wrażeniem! Strasznie się cieszę, że przyjedziesz na Euro. Jak przyjadę to dam Ci jakieś „rekwizyty” :) Nie masz się co martwić - kibicowanie jest proste. Wystarczy mieć zdrowe gardło!
Zarezerwowałem sobie lot na 28.03, na 12.55. Doszedłem do wniosku, że to dobry pomysł. Wypadało, by poznać ich skoro mam im świadkować
J Przy okazji odwiedzę Wojtka. Ostatnio dzwonił. Chyba coś się stało. Mogłabyś do niego pójść i zobaczyć co? Byłbym wdzięczny.
Do zobaczenia
Kuba                      
 Wysłano dnia: 31.01.2012


>>>>>>>>>>>

Hej, po raz drugi wrzucam ten rozdział i znowu nie mogę dać sobie rady z tym okropnym blogspotem. Nie wiem jak usunąć to białe, więc jeśli ktoś to czyta to pewnie wie, że trzeba po prostu wszystko zaznaczyć. Strasznie przepraszam również Martę i Wariatkę, bo wraz z usunięciem rozdziału przepadły ich komentarze. Pisałam to ju.z wcześniej, ale jak ktoś nie wpadł to piszę ponownie: Wariatka ma pomysł (i początek) na mini-opowiadanie o Marco Reus'ie. Jesli chciałybyście coś takiego czytać - piszcie w komentarzach. Ach, jesli ktoś chciałby być informowany przez nas o nowych rodziałach, niech zostawi w komentarzu maila, fb, tt czy coś takiego. Możecie też pisać o tym na naszego maila - bloodylove15@gmial.com :D
W pierwszej wersji 11 rozdziału życzyłam Wam Wesołych Świąt - teraz już po ptakach :)
Mamy jednak nadzieję, że Święta Wam się udały, Mikołaj był hojny a karp bez ości :P
Pozostaje nam tylko życzyć Wam udanego Sylwestra :D
Buziaki,
Wasze Rooksha&Wariatka


 


6 komentarzy:

  1. Edward- haha :)
    Kubuś -mam nadzieje że jeszcze jakieś wydarzenia z
    nim będą?!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Kubę nie musisz się martwić;)
      Wariatka

      Usuń
  2. Rooksho jak i również Wariatko (nie wiem czy to dobrze napisałam, trochę trudne do odmiany ale trudno)- nie ma za co :) Świetny rozdział :)
    Wariatko jak pojawi się rozdział "znasz mój adres maila" :D
    Pozdrawiam :)
    Ps: Szczęśliwego Nowego Roku! :)
    ~Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D
      Tobie też życzymy Wszystkiego naj w Nowym Roku :*
      Do nastęonego :)
      R.

      Usuń
  3. Jest Kubulek jest impreza! :D
    Informujcie mnie o nowościach drogie Panie :) Bo ja biedna żyję w niewiedzy.
    Tymczasem mam całkiem nowe, jeszcze śmierdzące farbą opko o pewnym uroczym bałkańsko- szwedzkim zawodniku.
    http://otuleni-ciemnoscia.blogspot.com/ Tutaj link :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, nie ma sprawy, będziemy pisać u Ciebie o nowych rozdziałach, może być na tytoniu? Albo na innym Twoim opowiadaniu, wariatka się bardziej orientuje, ja nadążam już tylko za "uzależnioną..." :D
      A na nowe opowiadanko zajrzę, czemu nie :D
      Wszystkiego dobrego w Nowy Roku :*
      R.

      Usuń